07:33

LUSH COSMETICS - MASK OF MAGNAMINTY, OATFIX, TEA TREE WATER - RECENZJA

...czyli co warto przywieźć z wakacji.


Produkty Lush, to w naszym kraju wciąż towar luksusowy, ze względu na brak dostępności. Sklepy firmowe tej brytyjskiej marki możemy znaleźć w większości europejskich krajów, niestety (nie wiedzieć czemu), wciąż nie zawędrowały nad Wisłę.
Podczas czerwcowego wypadu do Londynu, nie mogłam przegapić wizyty w najsłynniejszym sklepie Lush - na Oxford Street. Jest to flagowy salon marki, który wygląda jak sklep z cukierkami!

Kosmetyki Lush charakteryzują się naturalnymi składami, są wegetariańskie, ręcznie robione, nie testowane na zwierzętach, a surowce kosmetyczne pozyskiwane są jedynie ze źródeł fair trade.



Z Londynu przywiozłam 3 kosmetyki - maseczki Mask of Magnaminty i Oatfix oraz tonik Tea Tree water. 

Mask of Magnaminty (self - preserving)


Cena: £7.95, czyli ok 37 zł
Pojemność: 125 g
Skład: Honey (miód), Kaolin (glinka biała), Bentone gel (zagęstnik), Talc (absorbent), Glycerine (humektant), Organic Ground Aduki Beans (mączka z  fasoli Aduki), Evening Primrose Seeds (nasiona wiesiołka), Peppermint Oil (olejek z mięty pieprzowej), Tagetes Oil (olejek z aksamitki), Vanilla  Absolute (absolut waniliowy), Limonene (zapach), Perfume (zapach), Chlorophyllin (zielony barwnik)

Biała glinka, olejki eteryczne, mielone nasiona w miodowej bazie...



Maseczka ma zielony kolor i konsystencję gęstego kremu - jednak nie jest to idealnie gładka masa, znajdziemy w niej zmieloną fasolę Aduki czy zmielone nasiona wiesiołka . Pachnie miętą z lekką domieszką wanilii.

Jej termin przydatności to 4 miesiące od produkcji (nie musimy jej trzymać w lodówce) - spokojnie wykorzystacie tą pojemność w dużo krótszym czasie.

Podczas aplikacji maski czuć odświeżenie i chłodzenie - wspaniałe uczucie podczas gorących, letnich wieczorów. Wg producenta, powinniśmy ją zmyć z twarzy po 5-10 minutach, ja zostawiam ją nawet na 20 minut, wtedy działa najlepiej. Nie zasycha, łatwo się zmywa ze skóry.

Po użyciu skóra jest czysta, świeża, niesamowicie gładka, a pory zwężone. Niedoskonałości goją się zdecydowanie szybciej. Łagodzi zaczerwienienia i pozostawia buzię pięknie pachnącą. Już po jednym użyciu wydziela mniej sebum, a skóra jest dłużej matowa.


Mask of Magnaminty
ląduje w moich ulubieńcach, na pewno kupię ją jeszcze nie raz.



Oatfix


Cena: £8.50, czyli ok 40 zł
Pojemność: 75 g
Skład: Glycerine (humektant), Fine Oatmeal (pełnoziarniste płatki owsiane), Fresh Organic Fair Trade Banana (świeży organiczny banan), Water (Aqua) (woda), Ground Almonds (mączka migdałowa), Organic Illipe Butter (organiczne masło Illite), Kaolin (biała glinka), Talc (absorbent), Vanilla Absolute (absolut waniliowy), Sandalwood Oil (olejek z drzewa sandałowego), Benzoin Resinoid (kondycjoner, działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, antyoksydant),  Coumarin (zapach), Benzyl Cinnamate (zapach), Linalool (zapach), Perfume (zapach), Gardenia Extract (wyciąg z gardenii - naturalny zapach i barwnik)

Bazą maseczki są płatki owsiane, banan, mączka migdałowa i masło Illipe.



Jak widać na zdjęciu, maseczka ma beżowy kolor i konsystencję bardzo gęstej pasty. Ta pasta jest dość grubo mielona i ma w sobie wiele sporych drobin, które jednak są miękkie i świetnie się sprawdzą do delikatnego peelingu. Produkt pachnie owsianym ciasteczkiem,  ciężko powstrzymać się przed zjedzeniem go podczas użycia - serio!

Oatfix jest tak zwaną maską "świeżą", jej termin ważności to jedynie 4 tygodnie i przez ten czas trzeba ją trzymać w lodówce.

W przypadku tej maseczki, producent również zaleca zmycie jej po 5-10 minutach, a ja trzymam ją na skórze znacznie dłużej. Nakładanie jej na twarz jest dość trudne ze względu na tą bardzo gęstą konsystencję. Zbija się w grudki, nałożenie jej równomierną warstwą jest właściwie niemożliwe. Jednakże to właśnie podczas gimnastyki z rozprowadzeniem produktu, wykonujemy nim delikatny peeling. Myślę, że to fajne rozwiązanie dla super wrażliwych cer, które podrażnia każdy, nawet najdelikatniejszy peeling mechaniczny lub enzymatyczny.

Po zmyciu maseczki, skóra jest bardzo gładka i pokryta mocno wyczuwalnym, tłustym filmem. Z obawy przed zapchaniem i wypryszczeniem, zmywam go delikatnym żelem.
Po jego zastosowaniu znika jakikolwiek terapeutyczny efekt zastosowanej maseczki.
Cera nie jest specjalnie nawilżona, właściwie nie widać żadnej różnicy w porównaniu ze stanem skóry przed aplikacją maseczki. Jedyny jej efekt to właśnie ta tłusta warstewka. 

Trochę mało jak na 40 zł za 75 g maseczki, którą trzeba zużyć w miesiąc.

Ta maseczka to wielkie rozczarowanie :( Czytałam tak wiele pozytywnych recenzji przed zakupem, że byłam pewna, że będzie to hit.


Tea Tree Water


Cena: £5.95, czyli ok 28 zł
Pojemność: 100g
Skład: Tea Tree Water (hydrolat z drzewa herbacianego), Grapefruit Water (hydrolat grejpfrutowy), Juniperberry Water (hydrolat z owoców jałowca), Limonene (zapach), Perfume (zapach), Methylparaben (konserwant)

Trzy hydrolaty, dwie substancje zapachowe i jeden konserwant.


Tonik jest przezroczysty, ma bardzo lekką, wodnistą konsystencję i pachnie olejkiem z drzewa herbacianego.

Z recenzowanej trójki ma najdłuższy termin ważności, który wynosi 14 miesięcy, nie trzeba go trzymać w lodówce. Ukryty jest w butelce z twardego, czarnego plastiku z wygodnym atomizerem. Uwielbiam to rozwiązanie, kiedy możemy psikać tonikiem bezpośrednio na twarz.

Używam go dwa razy dziennie, zaraz po oczyszczaniu skóry twarzy. Przyśpiesza gojenie niedoskonałości, zwęża pory, reguluje wydzielanie sebum. Bazuje na trzech świetnych hydrolatach, stworzonych dla cery trądzikowej.

Cena za produkt o tak dobrym działaniu nie jest wygórowana, na pewno jeśli będę miała okazję to kupię go ponownie.


Każdy produkt marki Lush ma na sobie naklejkę z imieniem osoby, która go wykonała oraz datę produkcji i termin ważności.


Wszystkie opakowania stworzone są z plastiku poddanego recyklingowi. Producent prowadzi program lojalnościowy, zachęcający do recyklingu - jeśli przyniesiesz do sklepu Lush, 5 opakowań po produktach - dostaniesz jedną ze świeżych masek gratis.




Poniżej kilka zdjęć z tego najpiękniejszego sklepu na świecie :)










Znacie kosmetyki firmy Lush? Co polecacie kupić podczas kolejnej wizyty?
G.

6 komentarzy:

  1. Nie mialam jeszcze tej mgielki, a pozostale to moje hiciory ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Marka kiedyś rzuciła mi się w oczy na blogosferze, ale nic z niej nie miałam jeszcze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto coś kupić na próbę przy najbliższej okazji :))

      Usuń
  3. Owsiane ciasteczko? o rany chyba bym przepadła :D miałam okazje być w lushu w Anglii, kupiłam tylko żel pod prysznic z drobinkami, mydełko i szampon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciężko jej nie zlizać z twarzy 😁

      Usuń

Copyright © 2014 Blond Hair Affair , Blogger